Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prozą pisane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prozą pisane. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 września 2011

12


w styczniowy dzień
róże kocham was!


( jest to wyznanie zupełnie szczere
przemyślane
i obiektywne
poparte dojrzałym 
uczuciem
do róż)


róże są onieśmielone
tą nagłą zażyłością
której nigdy wcześniej nie zaznały


boję się spojrzeć im w oczy
nie były przygotowane
na tak wielką dawkę
emocji ekspresji


zaskoczone zupełnie
róże
zakłopotane
dostrzegają pozytywny aspekt
w tym, że nie mogą za dużo
powiedzieć.


nie odebrało im mowy
stoją jedynie jak wryte, zatkane


są chwile
w życiu gdy
nie rozumiem
róż 


czwartek, 1 września 2011

11

w dzieciństwie 
róże śnią i marzą


zamknięte w sobie
ekstrawertyczne róże


doznają pociechy w światach nierealnych
wymyślonych
gdy starość dnia je przytłacza
a dzieciństwo przestaje być znośne


pragną wtedy spełniać to co wyśniły
wtulone nadal w jawę młodości i wiary
w spełnienie


dopiero później dotkliwie poranione wchodzą
w dorosłość
bo już im nie zależy


róże śnią i marzą


ja 
rysuję tylko te róże które śnią i marzą 
bo pachną optymizmem


pochłaniam całym sobą ten zapach
i napawam się obrazami z przeszłości


dziś wiem, że dobrze było je zatrzymać
na dłużej.


dzieci wiedzę


wykreśliłem różę w parametrem mając
pięć lat róże śnią i marzą


przyglądam się im uważnie


róże to wiedzą.


środa, 31 sierpnia 2011

10


muszę poćwiczyć 
rysowanie róż
nie wychodzą mi jeszcze 
zbyt dobrze
koślawe
bezkształtne i nieme
blade i jakieś
apatyczne


moje róże wymagają
ogromnego talentu
tego, kto by potrafił


dopiero wtedy
nabierają rumieńców


choć są zupełnie
piękne proste róże
malowane ręką dziecka




czwartek, 18 sierpnia 2011

9

różom (- ich forma -)
pozwala się tylko
uśmiechać
infantylnie szczerzyć płatki
namiętnie rozwijać koronę

płatki odkrywać powoli
subtelnie odkrywać nagość
zdejmując zasłonę pożądania

kształty okazywać z wdziękiem
pozwala tylko 
na odrobinę wyuzdania
kiedy nikt nie widzi

szczypta sex-appeal'u
nie zaszkodzi przed lustrem
ale nie warto (nie) przesadzać 

(wszystko to może stać się
niemoralnym zachowaniem)
i przekroczyć ustalone granice

odrobina perwersji oburza
publiczność

dlatego zamyka oczy
tonąc w erotycznych marzeniach

- prawdziwe piękno ich 
nie zachwyca

mimo to forma 
róż pozostaje 
szlachetnie piękna

nie uwrażliwia
nie wzrusza

trwa
beznamiętnie trwa 

 

 

wtorek, 9 sierpnia 2011

8

róż nie
dotyka elegia koszmarów
mar sennych płochych
negatywnych złych spojrzeń

róż nie 
dotyka głód wojny i
żądze krwi
i smród trupów

umieranie róż 
jest zupełnie niezauważalne

nikt po nich nie płacze 

więdną powoli
osamotnione
sam na sam ze swym
wyblakaniem
czerstwieniem
czarnieję w mgnieniu oka
szarzeją z chwili w chwilę
nabierają nagle
zwiędniętych kolorów
zgniłych barw
odrażających 

zachwycam się umieraniem róż

(choć nie ma w tym nic, piękno) 
 
jedynę elegią róż
jest ich obecność na grobach
ukochanych.
wojowników.
Przyjaciół. 

dlatego
zachwycam się
umieraniem róż

więdną powoli 
w elegii spojrzeń.
 


niedziela, 7 sierpnia 2011

7

różom można się 
zwierzyć ze swoich najskrytszych tajemnic

róże słuchają cierpliwie
nie mają ochoty przerywać 
wyrozumiałe aż do granic

słuchają z zachwytem naszej spowiedzi
patrzą prosto w oczy
więc nic się nie ukryje

zabójstwo morderstwo gniew
- czerwone płatki mrożą się w żyłach

gwałt oszustwo kłamstwo
- bieleją z przerażenia

cudzołóstwo 
- erotycznie namiętnie różowią się ze wstydu

róże słuchają cierpliwie
bardzo dokładnie notują 
od przybytku nie boli głowa
nie muszą zadręczać się usprawiedliwieniem ani pokutą

są w sposób naturalny wolne

różom można
się zwierzyć
- jedynie wrażliwie sumienia róż
dostają zawału na grobach
zapomnienia

i więdną trochę szybciej... 

środa, 3 sierpnia 2011

6

róże nie zadają pytań
- same w sobie są zagadką

między nami a nimi nie żadnych barier 

oprócz braku słów

- ich milczenie jest zagadką

 milczące róże
odpowiadają na setki pytań
wyjaśniają wiele spraw
zawsze mówią prawdę

niebywale szczere
lub też sarkastyczne

róże nie stawiają przecinków, cudzy słowa ani kropek
wszystko połyka się jednym haustem
wypija zapach duszkiem 

nasiąkam milczeniem
krztuszę się

ironia róż mnie dobija 
 

wtorek, 2 sierpnia 2011

5

***
róże pozwalają sobie
na słodkie lenistwo

zachwycone swym kształtem
zupełnie zapominają o czasie

róże
mogą stać bezczynnie w wazonie
wtedy poddają się marzeniom i snom na jawie
rozmyślają o twarzach gestach i słowach ludzi

(jednak nigdy nie jest dane im spojrzeć w głąb ludzkiej duszy)

róże
nigdzie się nie spieszą

trwają dopóki pozwala się im trwać
w swych kształtach 
jasnych pięknych
bezczynnych
szklanych 

a czas je omija
wysusza

bezlitośnie konserwuje
słodkie lenistwo róż 

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

     4

       Mężczyzna patrząc na róże wziął do ręki stare, czarne pióro i na białej kartce zaczął pisać:


RÓŻA Z PARAMETREM

Róża z parametrem po hiperboli przechadza swoje płatki...
Chciałbym Ci jedynie podarować na krótką chwilę, cudowny zapach róży...
....istnieje tylko jedna bardzo ważna róża 
- i tę właśnie trzymasz w ręku. 




***
róże 
stoją zawsze wyprostowane
nie starzeją się z wiekiem
więdną bardzo subtelnie
zachowując swój zapach i aromat


mają podwójną moralność
kuszą  swym piękną 
i ranią kolcami
są róże jak 
opium
zniewalają swym kształtem i powabem
wysmukła kibicią
jasnym różanym spojrzeniem


są piękne budzą pożądanie
nie są w zupełności czyste bez skazy


dostrzegam to wnikliwym spojrzeniem 
badałem róże przez wieki i lata
dziś mogę to stwierdzić z całą pewnością


ich piękno polega na rozmaitości  spojrzeń
róże przybierają różne oblicza
choć nie potrafią być jak z kamienia


dusze róż 
oddzielają światłość od ciemności 


zawsze znajdują
sens w istnieniu


być im wystarczy
by cieszyć 
 





środa, 23 lutego 2011

3

…gdy przeraźliwie głośnym dźwiękiem zadzwonił w kieszeni jego spodni telefon. Wstał, a może raczej podskoczył jak oparzony z drewnianej ławki. Piotr wyjął pośpiesznie z kieszeni aparat i nacisnął czerwoną słuchawkę. Dla pewności, że nie zdzwoni on ponownie wyłączył w ogóle telefon. Nie spojrzał nawet kto dzwoni.
- To nie jest czas i miejsce na prowadzenie rozmów przez telefon – pomyślał.
Potem z czarnej torby, która zabrał wychodząc o wpół do dziewiątej rano z domu wyjął metalowy półlitrowy termos i zmarznięty nalał sobie do termosowego niby-kubka herbaty. Gorący płyn wypełnił jego ciało miłym uczuciem odprężenia. Nalał jeszcze jeden kubek, wylawszy tym samym herbatę z termosu do końca. Wypił. Termos schował do torby.
- Nie za zimno tu Panu siedzieć tyle czasu? – spytał przechodzący obok niego mężczyzna, który od dłuższej chwili obserwował zachowanie Piotra.
- Nie, nie. Dziękuję za troskę.
- Często tu Pan przychodzi…
- Najczęściej w poniedziałki. – pomyślał  drwiąco Piotr.
- …najczęściej w poniedziałki – dodał mężczyzna, jakby odczytując myśli – w zasadzie tylko w poniedziałki Pana tutaj widzę z tą wiąchą kwiatów jak Pan idzie…
- …z bukietem kwiatów! – przerwał mu kategorycznie Piotr – bukietem!
- Jak Pan woli mówić na pęki kwiatów bukiety to niech i tak będzie. Dla mnie to wiąchy chwastów, które ludzie przynoszą tutaj nie wiadomo po co i nie wiadomo komu. I chyba tylko z własnej próżności chęci zadośćuczynienia sobie…szkoda gadać.
Piotr nie odezwał się już ani słowem. Nie miał ochoty wchodzić w rozmowę z – miał takie wrażenie – pijanym mężczyzną o wątpliwej reputacji. W dodatku postanowił zignorować bezduszne, jego zdaniem, insynuacje na temat – jak to określał ów człowiek – wiąch chwastów. W ogóle był niezadowolony, najpierw z dźwięku własnego telefonu przerywającego nostalgiczną ciszę i jego rozmyślania a zaraz potem z niezbyt przyjemnego spotkania z nieznajomym jegomościem.
Nieznajomy też nic się już więcej nie odezwał. Odszedł wolnym krokiem, kiwając się na boki w kierunku małej alejki i zniknął z pola widzenia Piotra tuż za drzewami pokrytymi śniegiem.
Piotr nigdy wcześniej nie spotkał nieznajomego.
- Jak to możliwe, skoro on obserwował mnie każdego poniedziałku, kiedy tu przychodziłem? Czyżby mnie szpiegował? A może to właśnie on jest sprawcą zniknięć kwiatów? Nie. To bez sensu. Z jego podejściem do roślin? Po co by mu one były? – te i jeszcze inne myśli kłębiły się w tej chwili w jego umyśle.
            Chwilę potem położył torbę na ławeczce. Ciepło herbaty powoli przestało działać i czuł, że robi mu się coraz zimniej. Na dworze było minus osiemnaście stopni. Mimo głębokiego śniegu wokół pomnika przebrnął do tablicy. Ręką zgarnął dziesięciocentymetrową warstwę śniegu tak, aby było widać wygrawerowane litery.
Piotr raz jeszcze spojrzał najpierw na tablicę a potem na kwiaty w wazonie. Stał w nim bukiet z dwudziestu jeden czerwonych róż…


poniedziałek, 21 lutego 2011

2

       Piotr rozpakował kwiaty. Wyglądały uroczo. Nalał wazon pełen wody, wsypał dodany proszek do roślin i wstawił dopiero co kupiony bukiet. Kwiaciarka zawsze przygotowywała go tak, aby on – zupełny laik w tych sprawach – nie musiał ich komponować. Potem siadał sobie wygodnie i poświęcał, nie mniej ni więcej, godzinę na – jak on to mówił – na kontemplację roślin. Przyglądał się wszystkiemu po trochu. Prostym, strzelistym łodygom. Lekkim i zwiewnym listkom. Wreszcie temu, co najbardziej cieszyło jego oko – delikatnym i miękkim płatkom.
- Jakie piękne są kwiaty – pomyślał teraz choć myśl ta towarzyszyła mu nader dosyć często.
       Od pewnego czasu czuł się zakochany w kwiatach. One były zawsze spokojne. Zawsze obecne. Zawsze trwające. I …zawsze ginące. Na dłuższą metę nie pomagał nawet proszek od kwiaciarki i czysta, zmieniana codziennie woda. Cięte kwiaty, te które tak kochał, po pewnym czasie traciły swój naturalny, żywy blask. Więdły nieubłaganie w czasie. Tym, czym mógł się nacieszyć to, tą chwilą, w której były one w pełni rozkwitu i majestatyczności. Nie bez powodu wybierał właśnie ten rodzaj kwiatów. Siedział tak już od pół godziny wpatrzony w wazon pełen roślin. W takiej chwili czas się po prostu dla niego zatrzymywał. Zatrzymywał się i dla nich. Mogły w tej chwili ich adoracji trwać nieruchomo. Mogły tańczyć. Poruszać listkami. Kołysać się. Przede wszystkim cieszyć swojego adoratora. Wydaje się, że o ile mogły zrozumieć człowieka – jakiegokolwiek człowieka – to rozumiały właśnie jego. Przynajmniej on sam tak sądził. I był też święcie przekonany, że jedynym człowiekiem, który je potrafi zrozumieć jest nim właśnie on sam.
- …Nie jest to myśl egoistyczna. Kto lub co napełnia mój umysł tymi kwiatowymi metaforami? Do czego prowadzą mnie te milczące rozmowy z kwiatami? Do obłędu? Do szaleństwa? Do zakochania? – zaczął zastanawiać się mężczyzna.
Chwilę potem jego umysł wypełniła pustka. Trwało to aż do chwili…


1

Był piękny listopadowy poranek. Co tygodniowy, w dodatku, poniedziałkowy rytuał opierał się na kilku porannych czynnościach, nie wyłączając z tego oczywiście porannej toalety, w skład której wchodziło mycie zębów i golenie oraz prysznic. W dodatku zawsze w tej samej kolejności. Chwila na ubranie się i kilkuminutowy odpoczynek na fotelu z kubkiem gorącej a często zalanej nawet wrzątkiem i dobrze posłodzonej herbaty. Podczas tego kilkuminutowego odpoczynku nigdy nie czytał porannej prasy. W ogóle wtedy nic nie czytał. Cała ta chwila wypełniała się powolnym popijaniem ciemnobrązowego płynu. Nigdy nie pijał kawy. Gdy widać już było dno kamionkowego kubka ostatecznie wypijał jednym haustem pozostałość herbaty, która w tym momencie zazwyczaj miała bardzo słodki smak, zwłaszcza jeśli nie zbyt dobrze rozmieszał dodane dwie łyżeczki cukru. Gwałtownie wstał i spojrzał na zegar wiszący w pokoju.
- Już późno! – powiedział w myślach i odniósł pospiesznie kubek do kuchni.
Na zegarze była godzina wpół do dziewiątej.
Dalsza część poniedziałkowego rytuału polegała na spacerze do jedynej czynnej o tej godzinie i w tym mieście kwiaciarni by zakupić pęk świeżych kwiatów. Kwiaciarnia ta mieściła się na posesji gdzie stał jednorodzinny domek, w pomieszczeniu gospodarczym czy też mniej lub bardziej starannie przygotowanej quasi-kwiaciarni. To jednak nie miało znaczenia. Kwiaciarka mieszkała tuż obok, co umożliwiało jej sprzedawanie kwiatów ciętych i doniczkowych niemal o każdej porze dnia i nocy ku uciesze często spóźnionych dżentelmenów, wnuczków lub dzieci chcących okazać szczere i często spóźnione wyrazy miłości swym kobietom, rodzicom i dziadkom. Zdarzali się także klienci o poszkalowanej pijackiej opinii, których zakupom towarzyszyły żałosne podśpiewywania i niecenzuralne wyzwiska, do których kwiaciarka była już przyzwyczajona. Poza tym, cały ten cyrk sprzedawczyni rekompensowała sobie wysokimi cenami oferowanych w późnych godzinach robionych bukietów.
Bardzo rzadko zdarzało się, aby bukieciarka na stałe gościła w swojej kwiaciarence. Najczęściej wychodziła ona do kupujących po uprzednim usłyszeniu dźwięku dzwonka zamontowanego w tym celu, aby informować o tym, że ktoś tam na dole – czytaj: mniej lub bardziej zdesperowany lub mniej lub bardziej chętny klient – czeka by móc zakupić dla wybranej osoby potocznie mówiąc: roślinę ozdobną w upatrzonym kolorze, kształcie i rodzaju. Po obsłużeniu jednego lub więcej klientów czekała nie dłużej niż dwie minuty, podliczając zarobione chwilę wcześniej pieniądze i zabierając je ze sobą – jak często powtarzała: na wszelki wypadek – wracała do domu. Jednego, czego nie mogła znieść i za co nie znajdywała w żaden sposób rekompensaty, co zresztą wydaje się zrozumiałe, to spragnieni klienci, którzy dzwonili do kwiaciarni tylko po to, by nacieszyć się widokiem różnokolorowych barw i nasycić się smakiem różnorakich zapachów. Ci zazwyczaj nic nie kupowali i w mniemaniu bukieciarki marnowali jej cenny czas.
Zupełnie inaczej witała swoich stałych klientów. Do nich bez wątpienia należał Piotr. Tego ranka, jak w każdy poniedziałek mniej więcej pomiędzy godziną wpół do ósmej a dziewiątą rano usłyszała znajomy, potrójny dzwonek u drzwi. Jadła właśnie śniadanie, na które przygotowała sobie jajka gotowane na twardo z odrobiną majonezu. Była już przyzwyczajona do tych poniedziałkowych wizyt i chyba tylko brak tego właśnie klienta bardzo by ją zdziwił. I zmartwił. Z resztą miało to już miejsce przed kilkoma laty w porze zimowej. Nie mogła sobie tego dnia znaleźć miejsca. Ani w domu, ani w kwiaciarni. To właśnie w ten feralny poniedziałek, kiedy Piotr rano nie zawitał do kwiaciarni, po raz pierwszy od wielu lat zamknęła na dosłownie jeden dzień swój sklep. Potem taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła.
- Już schodzę, już schodzę! – krzyczała w korytarzu, schodząc po stromych schodach z pierwszego piętra domku. Piotr stał spokojnie na dole, tuż przy budynku kwiaciarni oczekując kwiaciarki. Zawsze tak było. Nie słyszał nigdy nawoływań sprzedawczyni. Grube mury domu tłumiły zupełnie całe to jej wołanie. Otworzyły się drzwi.
- Dzień dobry Panie Piotrze! – powiedziała uśmiechając do niego i wyjmując jednocześnie kluczyk do sklepu. – Pewnie stoi tu Pan już od dłuższego czasu i marznie?
- Dzień dobry Pani! – ukłonił się Piotr – nie zaprzeczył jednak, że stoi tu już od trzech minut i trochę wymarzł. Nigdy nie tego robił. Spojrzał natomiast jak zawsze kurtuazyjnie na bukieciarkę odwzajemniając uśmiech. Każdego jednego razu ich rozmowa przebiegała zasadniczo w ten sam sposób.
- Czy życzy sobie Pan to, co zawsze? Mam dziś świeżutkie kwiaty. – oznajmiała kwiaciarka.
- Jak zawsze. Dziękuję, że chciało się Pani do mnie zejść o tak wczesnej porze.
- Jestem do Pana usług i bardzo mnie cieszy, że zawitał Pan do mnie dziś rano. Wczoraj wieczorem przygotowałam przepiękny bukiet świeżych kwiatów. Ma być ich jak zawsze…
- …dwadzieścia jeden, poproszę, jak zawsze.
-  Zapakuję w papier. Jest bardzo zimno. I dodam taką odżywkę do kwiatów. Proszę ją wsypać do wazonu w domu. Dłużej postoją…
(Warto tu napomnieć, że w okresie letnim zamiast słowa papier, padało z usta kwiaciarki słowo: celafon, a zamiast słowa zimno: gorąco. Wszystkie słowa, które następowały przedtem i potem miały zawsze taką samą kolejność i układ bez względu na porę roku.)
            Rozmowa ta była częścią tego poniedziałkowego rytuału Piotra, w którym, chcąc nie chcąc pozwalał uczestniczyć znanej od wielu lat bukieciarce. Nie mogła przebiegać inaczej, bo ani on ani ona nie wchodzili na inne poboczne tematy takie jak pogoda, polityka czy chociażby sport, jak to ma miejsce w zwyczajnych sklepowych rozmowach. Tak trwało to od wielu lat, a w zasadzie od początku ich znajomości związanej bezpośrednio z zakupem bukietu kwiatów. Wizyta w kwiaciarni nie była jednak tylko związana z transakcją sprzedaży – zakupu. To, czego bukieciarka nie znosiła wśród innych klientów, w przypadku Piotra sprawiało jej ogromną radość. Otóż Piotr nie przychodził do kwiaciarni tylko po to, by zakupić bukiet.
Kiedy ona pakowała kwiaty i ukradkiem spoglądała na niego widziała jak mężczyzna rozglądając się po pomieszczeniu cieszył się widokiem różnokolorowych barw i nasycał smakiem różnorakich zapachów. Nigdy wtedy nie spieszyła się z pakowaniem pozwalając Piotrowi spokojnie „zmarnować jej trochę cennego czasu”. On był jedynym klientem, któremu sama, z własnej i nieprzymuszonej woli na to pozwalała. I chyba tylko jemu.
Pakowanie kwiatów trwało około sześciu-siedmiu minut.
- Już… zapakowałam - oznajmiła delikatnie sprzedawczyni – proszę bardzo.
- Ile płacę? – pytał zawsze Pan Piotr, choć z góry wiedział jaka będzie odpowiedź. Nie zmieniała się ona od wielu lat, mimo, że cena kwiatów na bazarach, rynkach i innych kwiaciarniach wielokrotnie była już podwyższana.
- Tyle co zawsze i jak zawsze – uśmiechnęła się sprzedawczyni przyjmując odliczoną już kwotę. – Jak zawsze? Nie liczę. Dziękuję. – powiedziała chowając do kieszeni pieniądze, nieśmiało upewniając się w samej sobie, że suma papierowych banknotów się zgadza. Nigdy nie było inaczej.
- Dziękuję Pani bardzo za przepiękne kwiaty i do zobaczenia…
- … w poniedziałek.
- Tak, w poniedziałek, jak zawsze. Do zobaczenia…
Najpierw „wyszły” kwiaty, potem sam Piotr trzymający je przed sobą w ręku. Kiedy zniknął za rogiem ulicy sprzedawczyni zamknęła kwiaciarnię i wróciła do domu. O tej godzinie nie miała nigdy więcej klientów.
- Ciekawy człowiek – pomyślała – nie znam wielu mężczyzn, którzy ot, tak po prostu kupowaliby kwiaty i to w dodatku regularnie  co tydzień…
Jedno Piotra zastanawiało: skąd kwiaciarka „wczoraj wieczorem przygotowała przepiękny bukiet świeżych kwiatów?” Nie ośmielił się nigdy o to zapytać. Ufał jej. Sam widok kwiatów mówił za siebie. Kwiaciarka jednak wiedziała skąd biorą się świeże niedzielne kwiaty. Specjalnie dla niego, wcześnie rano w niedzielę, zostawiając przy dzwonku budzącym do życia jej kwiaciarnię kartkę z napisem: „wracam za trzy godziny”, jechała na giełdę kwiatową. Tam kupowała jedynie kwiaty, z których robiła bukiet dla Piotra. I tak od wielu lat.